Polska: Bartosz Woźniak – życie poza domem (Local social problems, incl. the problems encountered by minorities and the marginalized groups)

W Łabiszynie

Życie poza domem

W bloku przy ulicy Nowej 10 w Łabiszynie od ponad dwóch lat na klatce schodowej śpi Sylwester P. Choć jest zameldowany w jednym z mieszkań, nie ma do niego kluczy. Odebrali mu je siostrzenica z mężem, którzy mieszkają tam z dwójką małych dzieci, po tym, jak po raz kolejny przyszedł do domu nietrzeźwy i zaczął się awanturować.

Sylwester P. teoretycznie ma gdzie mieszkać, jest zameldowany. Wiedzie jednak żywot człowieka bezdomnego.

OBLICZA BEZDOMNOŚCI

W ustawie o pomocy społecznej z 12 marca 2004 roku jako bezdomną określa się osobę niezamieszkującą w lokalu mieszkalnym w rozumieniu przepisów o ochronie praw lokatorów i mieszkaniowym zasobie gminy i niezameldowaną na pobyt stały, w rozumieniu przepisów o ewidencji ludności i dowodach osobistych, a także osobę niezamieszkującą w lokalu mieszkalnym i zameldowaną na pobyt stały w lokalu, w którym nie ma możliwości zamieszkania.

Według roboczej wersji przyjmowanej przez organizacje pozarządowe osoba bezdomna to taka, która z różnych przyczyn, wykorzystując własne możliwości i uprawnienia, czasowo lub trwale nie jest w stanie zapewnić sobie schronienia spełniającego minimalne warunki pozwalające uznać je za pomieszczenie mieszkalne. Miejsce spełniające warunki mieszkalne to takie, które nadaje się do stałego przebywania bez narażania zdrowia, i które umożliwia zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych: noclegu, zachowania higieny osobistej, sporządzania posiłków. Te kryteria bezdomności odpowiadają w pełni położeniu Sylwestra P. Tak też jest on traktowany przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Łabiszynie.

– Zawsze bierzemy pod uwagę faktyczną sytuację człowieka, a nie to, czy jest gdzieś zameldowany. Dla nas jest on bezdomnym. Z tego względu staraliśmy się o miejsce dla niego w schronisku dla bezdomnych, ale nie wyraził na to zgody – podkreśla p.o. kierownik łabiszyńskiego MOPS Beata Januszkiewicz.

Sam Sylwester P. oburza się, gdy mówi się o nim, że jest bezdomny. – Nie jestem bezdomny. Mój adres to Nowa 10 przez 1 – stwierdza.

SPOSÓB NA NIEZADŁUŻANIE MIESZKANIA

Kłopoty Sylwestra P. z utrzymaniem miejsca zamieszkania rozpoczęły się po śmierci matki, którą stracił przed trzema laty. Wcześniej w tragicznych okolicznościach zmarł także ojciec.

– Przychodził do nas przez kilka miesięcy z prośbą, abyśmy przenieśli się do jego mieszkania. W końcu się zgodziliśmy, bo mówił, że sam nie da rady – mówi jego siostrzenica, która z mężem Pawłem S. wynajmowała wówczas jednopokojowe mieszkanie przy ulicy Poznańskiej w Łabiszynie. Sylwester P. przyznaje, że zwracał się do nich w tej sprawie, bo nie mając stałego zatrudnienia, zadłużyłby mieszkanie.

Małżeństwo nie zamierzało jednak zmieniać miejsca zamieszkania bez uregulowania kwestii własnościowych. – Obawialiśmy się, że się wprowadzimy do niego, a później nas wyrzuci i nie będziemy mieli gdzie mieszkać – tłumaczy Paweł S. Doszli więc z wujem do porozumienia i mieszkanie po jego wykupieniu od gminy stało się ich własnością, co zostało potwierdzone aktem notarialnym.

– Wuj jest zameldowany w mieszkaniu, ale w akcie notarialnym nie jest wymieniony jako jego właściciel – podkreśla siostrzenica, która podczas załatwiania formalności w Urzędzie Miejskim, dotyczących wykupu mieszkania od gminy, złożyła oświadczenie, że w mieszkaniu zapewni Sylwestrowi P. pokój oraz dostęp do kuchni i łazienki.

Do mieszkania przy ulicy Nowej wprowadzili się w listopadzie 2009 r. Małżeństwo z małym dzieckiem miało tu dwa pokoje do swojej dyspozycji, ich wujek zajmował jeden pokój.

POD JEDNYM DACHEM

Była jesień 2009 roku. Przez kilka tygodni wspólnego mieszkania nie było poważniejszych problemów i konfliktów. Zgrzyt nastąpił jednak podczas pierwszej Wigilii, kiedy doszło do nieprzyjemnej sytuacji. – Przez około dwa miesiące było dobrze. Później uznał, że może robić wszystko. Zepsuł nam Wigilię. Krzyczał, miał pretensje, że mu nie smakuje jedzenie. Zrobił awanturę. Nie było to miłe – tłumaczą małżonkowie. Później było już tylko gorzej.

W kolejnych miesiącach dochodziło do coraz częstszych nieporozumień. – Mamy na uwadze przede wszystkim bezpieczeństwo nasze i dzieci. Mieszkamy na parterze, różne rzeczy mogą się zdarzyć, a wuj wracał po nocach i ciągle zostawiał otwarte drzwi. W każdej chwili ktoś mógł wejść, kiedy spaliśmy – stwierdza siostrzenica. Dodatkowo Sylwester P. przychodził do domu nietrzeźwy, nie dbał o siebie i niejednokrotnie zabrudził mieszkanie. – Dopóki żyła babcia, był pod ochroną, bo wszystko za niego zrobiła, więc teraz mu się nie podobało, że musi sam posprzątać czy zrobić sobie jedzenie, a gdy miał z nami jeść, to mu nie smakowało – mówi siostrzenica. – Kiedy mieszkał jeszcze sam, były dwie takie sytuacje, że gdy sobie coś robił do jedzenia, to zostawił garnek na gazie i spaliłby mieszkanie. Dzięki interwencji sąsiadów do tego nie doszło – mówi siostra Sylwestra P. – Elżbieta O.

Po kilku miesiącach życia w nieustannym napięciu państwo S. zdecydowali, że zabiorą wujowi klucze od mieszkania. – Nie spałam w nocy, bo czekałam, kiedy przyjdzie, aby zamknąć za nim drzwi. Czasami znikał na kilka dni – tłumaczy siostrzenica. – Przestaliśmy wymagać od niego płacenia za czynsz i dawaliśmy jedzenie. Nie musiał za nic płacić, tylko miał normalnie żyć. Płacimy czynsz za całe mieszkanie, choć jego pokoju nie wykorzystujemy – dodaje Paweł S.

– Wcześniej mieszkali w norze, a ja im pozwoliłem zamieszkać w swoim mieszkaniu. I tak się odwdzięczyli. Kto by się na to zgodził, a jeszcze chcieli, żebym się opiekował ich synem. Nie mam pracy, a to co z opieki dostaję, to nie wystarcza na suchy chleb. Nie mam pieniędzy na czynsz – oznajmia Sylwester P. dodając, że do domu wracał o ósmej, najpóźniej o dziewiątej wieczorem, spokojnie i bez żadnych awantur.

KROPLA DO KROPLI

– Kiedy był w wojsku, pojechał na półroczną misję do Iraku. Zarobił wtedy tyle pieniędzy, że mógłby dwa domy kupić, ale wszystko przehulał – stwierdza jego siostra. – Mama nie zgadzała się na leczenie brata, gdyż uważała to za robienie mu krzywdy. Gdyby się zgodziła w 1994 roku, a wtedy wystarczała do tego zgoda rodziców, może byłoby inaczej – z żalem wspomina Elżbieta O. – Nie straciłem wszystkiego, trochę dałem do domu, jednej siostrze, drugiej – wyjaśnia Sylwester P.

Najbliżsi, już po śmierci rodziców, starali się pomóc Sylwestrowi P., jednak wobec jego oporu nic nie byli w stanie zrobić. – Chcieliśmy go ratować, pisaliśmy wnioski o leczenie, ale nie wyraził zgody. Wszyscy wyciągamy do niego rękę, bo to jest dobry człowiek, ale on nie chce pomocy – zaznacza Elżbieta O. – Nie widzi winy w sobie, tylko u innych. Wydaje mu się, że ktoś mu zrobił krzywdę, a on jest w porządku – dodaje jej mąż Stanisław O.

– Ja go nie widzę jako alkoholika, ale jako brata. Mam go przecież tylko jednego. Chciałabym, żeby się wyleczył, ale nie wiemy, jak to zrobić. Cały czas o nim myślę i psychicznie też już nie wytrzymuję – ze łzami w oczach mówi Elżbieta O.

Rodzina i pracownicy Urzędu Miasta kilka razy podejmowali próby kierowania Sylwestra P. na terapię antyalkoholową, jednak, według obecnych przepisów, bez jego zgody przeprowadzenie leczenia jest niemożliwe. Podstawy medyczne ku temu jednak są, gdyż konieczność leczenia odwykowego we wrześniu 2010 roku stwierdzili biegli sądowi z zakresu psychologii i psychiatrii. Na badania w tym zakresie do Rodzinnego Ośrodka Konsultacyjno-Diagnostycznego w Szubinie Sylwester P. został doprowadzony przez policję, gdyż nie stawił się w wyznaczonym wcześniej terminie. Leczenie jednak nigdy nie zostało nawet rozpoczęte. – Na ewentualną terapię jest jeszcze czas właściwie do września, gdyż po dwóch latach takie orzeczenie ulega przedawnieniu i sprawy nie ma – podkreśla Elżbieta O.

Sam Sylwester P. twierdzi, że problemu z alkoholem nie ma i żadne leczenie nie jest mu potrzebne. – Ja nie muszę pić. Czasami sobie wypiję, ale to tylko ze stresu dla poprawy humoru – przekonuje.

Siostrzenica mówi: – Chcieliśmy razem z wujem stworzyć normalną rodzinę. W Łabiszynie trudno ludziom zrozumieć, jak młodzi mogli chcieć stworzyć rodzinę z człowiekiem, który już od lat miał poważne problemy z alkoholem, który pił już około trzydzieści lat. Małżonkowie tłumaczą, że myśleli, że wszystko będzie dobrze, że wujek doceni to, że z nim zamieszkali.

NIEPOKÓJ SĄSIADÓW

Od wiosny 2010 roku Sylwester P. nocuje na półpiętrze klatki schodowej przy ulicy Nowej 10 lub w innych miejscach. Czasem u kolegów, a latem nawet pod gołym niebem. Do mieszkania, w którym jest zameldowany, wchodził pod eskortą policji. – Trzy razy z policją wchodziłem do mieszkania. Chciałem się przespać, umyć, ogolić. Kiedy następnego dnia wychodziłem i później wracałem, to już mnie nie wpuszczali – stwierdza Sylwester P.

Sprawą zaniepokoili się sąsiedzi, którzy interweniowali na policji i w innych instytucjach. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu, gdyż od ponad dwóch lat sytuacja nie ulega zmianie. – Od tego czasu śpi na schodach, na nich załatwia bardzo często potrzeby fizjologiczne, a odór od niego bije taki, że nie można przejść. Zgłaszałam sprawę do opieki społecznej, pielęgniarki środowiskowej, na policję. Wszyscy rozkładają ręce. W tej chwili człowiek ten tak mocno kasła, że budzi nas w nocy, poza tym rozsiewa różne zarazki – podkreśla sąsiadka Anna Nowak, która jest po operacji i obawia się o swoje zdrowie.

Beata Januszkiewicz z MOPS mówi, że Sylwester P. jest pod stałą kontrolą i właściwie codziennie jest z nim możliwy kontakt. Ułatwia to fakt, iż niemal cały dzień spędza on na łabiszyńskim rynku lub w jego pobliżu, więc urzędnicy przynajmniej nie muszą go szukać. – Na bieżąco otrzymuje doraźną pomoc. W sprawie jego mieszkania nic nie możemy jednak zrobić. Ostatnio złożyliśmy wniosek do Urzędu Pracy o skierowanie go na prace społeczno-użyteczne. Urząd nie zgłosił żadnych przeciwwskazań, więc przez najbliższe miesiące będzie miał zajęcie – zaznacza Beata Januszkiewicz. Wniosek został pozytywnie rozpatrzony, Sylwester P. od kwietnia do listopada będzie pracował na rzecz miasta 40 godzin w miesiącu za 7,30 zł za godzinę.

JAK LUDZIE BEZ SERCA

Z rozmów z ludźmi wyłania się też inny scenariusz życia Sylwestra P.: mieszka sam, nie pracuje, pieniądze, które udaje mu się zdobyć, wydaje na alkohol, mieszkanie jest coraz bardziej zadłużone. Sylwester P. zostaje eksmitowany, staje się bezdomnym bez zameldowania.

Jego sąsiedzi wyobrażają sobie taki scenariusz, jednak to byłaby zupełnie inna sytuacja, niektórzy nawet mówią, że lepsza niż teraz. Nie mogą się pogodzić z tym, że to rodzina wyrzuciła Sylwestra P. z domu. Przecież zamieszkali z nim z własnej woli. Wiedzieli, kim jest wujek. Dlaczego teraz go wyrzucili? Dlaczego nie wytrzymali mieszkania z nim pod jednym dachem?

Państwo S. czują, że są traktowani przez otoczenie jak ludzie bez serca: – Gdybyśmy mieli się decydować drugi raz, wiedząc, że tak to się skończy, to nigdy byśmy tego nie powtórzyli. Staraliśmy się w gminie o znalezienie wujowi jakiegoś pokoju z możliwością dopłacania przez nas do czynszu, ale nie wyraził na to zgody. Myśleliśmy też o wynajęciu mu pokoju, ale kto by go przyjął – stwierdza siostrzenica – Nie ukrywamy, że staraliśmy się też o administracyjne wymeldowanie, ale otrzymaliśmy odpowiedź odmowną. W wynajmowanym mieszkaniu mieliśmy skromne warunki, ale przynajmniej był spokój – dodaje Paweł S. Podobnego zdania jest dzisiaj Elżbieta O.

Sprawa dotyka też 8-letniego syna państwa S. (młodszy ma roczek), który obawia się, że wuj może mu zrobić krzywdę. – Syn się go boi i pyta mnie, czy jestem silna, żeby obronić go przed wujkiem. Używał w jego obecności brzydkich wyrazów – stwierdza siostrzenica.

Mimo to Sylwester P. w oczach instytucji, sąsiadów i znajomych uchodzi za człowieka bezkonfliktowego. – Nikomu nie ubliżył. Nikomu za skórę nie zaszedł, więc nikt o nim złego słowa nie powie. Na początku był bardziej rozmowny. Teraz w ogóle nie chce rozmawiać. Pytałam go kilka razy o pomoc, ale nic nie chciał – zapewnia sąsiadka Anna Nowak. – Czy naprawdę nikt nie może się tą sprawą zainteresować? Czy jest to zgodne z naszym prawem? Jak stanie się jakaś tragedia, to potem policja będzie winić sąsiadów za to, że nic nie robią.

Sprawa trafiła także do burmistrza Łabiszyna Jacka Idziego Kaczmarka, który – przewidując kłopoty – w momencie przejmowania mieszkania przez państwo S. sugerował im sporządzenie umowy lokatorskiej z Sylwestrem P., w której zapisane byłyby zasady, do których musiałby się dostosować żyjąc z nimi pod wspólnym dachem. – Niestety córka i zięć uznali, że nie jest to potrzebne, że wszystko będzie dobrze i takiej umowy z moim bratem nie spisali – tłumaczy Elżbieta O.

– Jeśli wybrał taki sposób życia, to my nic nie możemy zrobić. Jest wolnym człowiekiem – mówi o bezdomnym burmistrz.

POTRZEBNA FACHOWA POMOC

Nic nie wskazuje na to, aby Sylwester P. chciał zmienić swoje życie: – Ja jestem człowiekiem bezkonfliktowym. Mam swój honor i nie muszę z nimi mieszkać. Kiedyś szanowałem rodzinę, ale teraz już mi nie zależy.

Sylwester P. nie musi być bezdomny. Wystarczy, że nie będzie pił, wtedy, nawet gdyby nie chciał wrócić do domu, mógłby iść do schroniska dla bezdomnych. Wystarczy, że nie będzie pił. Ale to wystarczy w przypadku osoby uzależnionej nie jest łatwe. Poza tym, jak wskazują osoby pracujące z ludźmi bezdomnymi: bezdomność nie polega tylko na braku mieszkania, ale przede wszystkim utracie domu jako sposobu bycia.

Anna Niepiekło z Fundacji Kapucyńskiej, koordynator projektów dotyczących m.in. wychodzenia z bezdomności, oceniając przedstawiony jej przypadek Sylwestra P., stwierdza: – Po takim czasie ta bezdomność jest już przyzwyczajeniem. Receptę na rozwiązanie tej sytuacji widzi przede wszystkim w znalezieniu jakiegoś psychologa (wolontariusza, studenta, absolwenta), który by się zaangażował we współpracę z łabiszyńskim bezdomnym. – Stworzenie dobrej relacji, pojawienie się przekonującej osoby, której zaufa, a ta wskaże mu drogę i sugestie dalszego zachowania, dałoby jakąś szansę na dotarcie do bezdomnego. Na początek należałoby zwyczajnie porozmawiać z nim o życiu – radzi Anna Niepiekło. Podkreśla, iż w kwestii skłonienia bezdomnego do konsultacji i leczenia poprzez terapię zamkniętą wszystko zależy od osoby, która z nim rozmawia, zna schematy zachowań bezdomnych i mogłaby na niego ewentualnie wpłynąć. Jeśli bowiem sam pod wpływem takiej osoby nie dojrzeje do chęci zmiany, to nikt go do tego nie zmusi. – My w taki właśnie sposób, poprzez odpowiednie osoby, próbujemy rozbudzić w bezdomnych chęć zmiany, angażujemy ich do działania i oni tak z automatu przechodzą na tę właściwą stronę – podsumowuje koordynatorka projektów, do których należy m.in. Anioł w Warszawie, czyli asystent osoby bezdomnej.

Bartosz Woźniak – reporter Tygodnika Lokalnego “Pałuki”, 88-400 Żnin, ul. Sądowa 4

3 July 2013