Polska: Agnieszka Pospiszyl, Piotr Smykała – Odkrywa prawdę o śmierci ojca (Local history, culture, heritage)

Odkrywa prawdę o śmierci ojca

8749_7273.thumbnail

Dan Watson ma 69 lat. Jest Amerykaninem. Mieszka w Easton, w stanie Maryland. Nosi imię po swoim ojcu, który zginął na 3 miesiące przed jego urodzeniem.

– Z Europy sprowadziliśmy jego prochy i pochowaliśmy w rodzinnym grobie w Knoxville – mówi.

Ojciec Dana Watsona w czasie II wojny światowej służył jako pilot, stracił życie w czasie jednego z lotów.

– O jego śmierci wiedziałem bardzo niewiele, kilka lat temu zacząłem szukać informacji – opowiada.

Jak Dan Watson trafił na ślady przeszłości dotyczące jego rodzica?

Przed dwoma tygodniami otrzymałam e-mail od Elenory Dugosh Goodley, mieszkającej w Teksasie, Amerykanki ze śląskimi korzeniami (jej pradziadek pochodził w Rozmierzy). Pisała, że skontaktował się z nią człowiek z Meryland, który na stronie internetowej poświęconej strzelecko-teksańskiej współpracy natrafił na informację, że w czasie wojny Strzelce Opolskie nazywały się Gross Strehlitz.

– Wiem, że właśnie nad tym miastem został zestrzelony samolot mojego ojca – pisał Dan Watson junior do Elenory Dugosh Goodley. – Tylko czy Gross Strehlitz to faktycznie obecne Strzelce Opolskie?

Elenora Dugosh Goodley skontaktowała Dana Watsona z Piotrem Smykałą. Korespondencja pomiędzy panami odbywała się za moim pośrednictwem, ponieważ Dan Watson nie posługuje się językiem polskim, a Piotr Smykała – angielskim. Ze strzępków informacji przesłanych przez Amerykanina i wiadomości, które ma w swoim archiwum Piotr Smykała, wyłoniła się ciekawa historia…

Z Ameryki do Europy
Daniel Columbus Watson urodził się 17 lipca 1921 w Knoxwille, w amerykańskim stanie Tennessee. Rodzina i przyjaciele nazywali go DC lub po prostu Dan. Gdy miał 20 lat, wstąpił do wojska. Okazało się, że ten zdolny młody człowiek jest świetnym materiałem na pilota. Szybko ukończył kurs i zasiadł za sterami bombowca.

Służył w 15. powietrznej armii amerykańskiej (463 grupa, 772 eskadra bombowa). W grudniu 1943 grupa Dana Watsona została przeniesiona na lotnisko wojskowe Lakeland na Florydzie, gdzie przeszła intensywne szkolenie przygotowujące do działań w Europie. Stamtąd trafił do Morrison Fiels w West Palm Beach na Florydzie, skąd przez przez południowy Atlantyk został przerzucony do Afryki, a potem do Włoch.

Loty nad Śląsk
Od lipca 1944 r. lotnictwo amerykańskie zapuszczało się na teren Śląska, żeby niszczyć przede wszystkim zakłady przemysłowe. Samoloty startowały z włoskich lotnisk Foggia i Amendola. Bombardowane były zakłady w Zdzieszowicach (Deschowitz), Blachowni (Blechhammer North) i zakłady Azotowe Kędzierzyn (Blechhammer South) oraz w Oświęcimiu (Auschwitz). Niektóre maszyny, wracając na lotnisko, przelatywały nad terenem obecnego powiatu strzeleckiego. W rejonie należącego do Niemiec miasta, noszącego wówczas nazwę Gross Strehlitz, latem 1944 roku baterie przeciwlotnicze trafiły 3 amerykańskie bombowce. Jeden z nich to ciężki samolot bombowy dalekiego zasięgu B-17 „Latająca forteca” o numerze 44-8106. Pilotował go Daniel Watson.

Feralny 13 września
13 września obudzono nas o 4:00 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie, sprawdzono listę obecności, następnie przyniosłem z kantyny gorącej wody, aby się ogolić. Podczas golenia dokonałem wpisu w moim pamiętniku. Potem wszyscy spotkaliśmy się w samolocie. Pilot poinformował nas o naszym celu (Blechhammer – Blachownia Śląska, Niemcy), potem, przed startem, każdy miał minutę na cichą modlitwę – to fragment wspomnień Johna Hollera, członka załogi samolotu Dana.

W powietrze wzbiło się ich dziewięciu. Daniel Watson – pilot, Harold Hammond – drugi pilot, Robert Stapleton – bombardier, Ray Crabtree – górny strzelec i jednocześnie inżynier pokładowy, Sam Frank – radiooperator, John Holler – strzelec boczny, R. Bivens – strzelec boczny, Royal Smith – dolny strzelec oraz Kenneth Ayres – strzelec ogonowy.

Zbliżaliśmy się do I.P. (punkt rozpoczynający właściwy nalot – przyp. red.). Wydaje się głupie, ale wtedy wiedziałem lub przeczuwałem, że dokonamy tego (tj. zbombardujemy cel i wrócimy do jednostki – przyp. red.). Tuż po minięciu I.P. modliłem się, najżarliwiej jak umiałem, żebyśmy tylko wyszli stamtąd żywi. Wtedy już wiedziałem, że zostaniemy trafieni. Otrzymaliśmy bezpośrednie trafienie w prawy zewnętrzny silnik. Natychmiast stanął w płomieniach. Ciśnienie płynów hydraulicznych było tak niskie, że silnik nie mógłby zostać „ustawiony w chorągiewkę” i lewy zewnętrzny silnik został wyłączony. Bivens (drugi boczny strzelec) krzyczał: „Ogień na prawym skrzydle”. Stapleton (bombardier) zawołał: „Wynośmy się stąd do cholery!”. Watson (pilot) powiedział do Hammonda (drugi pilot): „Wytrzymaj!”. Zdawało się, że ogień przygasał. Bivens i Frank (radiooperator) starali się otworzyć drzwi, kiedy Royal Smith, zawołał „Holler, ciężko oberwałem, pomóż mi wydostać się z tej kuli”. Ruszyłem w kierunku „kuli” (tj. stanowiska Smitha – red.), ale zostałem rzucony na podłogę. Starałem się poruszyć, ale nie mogłem. Zdałem sobie sprawę, że samolot wpadł w korkociąg. Pomyślałem, że to już koniec. Nagle samolot eksplodował. Kiedy odzyskałem przytomność, spadałem swobodnie, razem z małymi fragmentami samolotu wszędzie wokół mnie. Pociągnąłem za rączkę spadochronu i poczułem szarpnięcie życia. Naliczyłem sześć otwartych spadochronów, łącznie z moim własnym. Bivens i ja wylądowaliśmy jakieś 50 jardów od siebie, w pobliżu miasta.

Wrak na Adamowicach
Samolot dostał bezpośrednie trafienie w prawe skrzydło i eksplodował. Sześciu członków załogi zdołało wyskoczyć. Zginęło trzech – pilot Dan Watson, bombardier Robert Stapleton oraz dolny strzelec Royal Smith.

Maszyna na skutek eksplozji rozpadła się na dwie części. Prawe skrzydło uderzyło w gospodę Gammona na Adamowicach, kadłub spadł na łąkę pomiędzy zabudowaniami a murem szpitalnym. Był to teren należący do parafii pw. św. Wawrzyńca.

Co było dalej wyjaśnia list
W 1948 roku ks. prof. Ignacy Jany napisał po angielsku list do ojca Roberta Stapletona, jednego z zabitych lotników. Przywołał w nim relację swojego brata, wówczas pracującego w strzeleckiej parafii: Po zestrzeleniu samolotu przy użyciu bomby trzy ciała zostały znalezione. Jedno było całkowicie zmasakrowane, porozrywane na wiele części najprawdopodobniej wskutek eksplozji. Dwa inne były bez spadochronów i również były uszkodzone na skutek uderzenia w ziemię. Dokumenty i inne rzeczy należące do lotników zostały zabrane przez niemiecką komendę wojskową i pomimo tego, że prosiliśmy o nie, nie zostały nam przekazane. Nigdy nie byliśmy w stanie zidentyfikować nazwisk zmarłych pilotów ani zarejestrować ich w księgach parafialnych. (…) Zostali pochowani na cmentarzu katolickim na koszt miasta, które zakupiło trumny. Brat, który był wtenczas kapelanem wojskowym, asystował przy pogrzebie, przewodniczył nabożeństwu i celebrował mszę święta za spokój dusz tych 3 pilotów. Grabarz Wieczorek dbał o groby aż do października 1947. Poza tym były one zawsze ozdobione kwiatami układanymi przez nieznaną osobę.

Polska – Belgia – USA
Trzeciego października 1947 roku w Strzelcach Opolskich zjawiło się dwóch przedstawicieli amerykańskiej misji wojskowej. Po przedstawieniu pisma z Nadzwyczajnego Komitetu Walki z Epidemiami udali się na strzelecki cmentarz, gdzie dokonali ekshumacja lotników. Uczestniczył w niej grabarz Wieczorek. Ciała zostały zdezynfekowane i włożone do trumien. Okryto je amerykańskimi flagami i przewieziono do Katowic, następnie do Warszawy, gdzie zostały umieszczone w podziemiach kościoła św. Krzyża.

Okres między październikiem 1947 r. a majem 1948 r. przeznaczono na potwierdzenie tożsamości ekshumowanych. W maju 1948 r. szczątki trzech lotników przewieziono do Liège w Belgii i pochowano na amerykańskim cmentarzu wojskowym. Rok później, na życzenie rodziny Daniela Watsona, zostały przetransportowane do USA. Tam został on pochowany w rodzinnym grobowcu w Knoxville.

– Wielki pogrzeb ojca w 1949 r. to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Miałem wtedy 5 lat – mówi Dan Watson junior.

Po wojnie jeden z towarzyszy feralnego lotu spotkał się z rodziną Stapletona w Newport. Powiedział im, że mógł on przeżyć katastrofę B-17, gdyby nie próbował ratować swojego przyjaciela Daniela Watsona, pilota samolotu. Stapleton był drużbą na jego ślubie. Próbował oswobodzić Watsona z fotela pilota, ale zabrakło mu czasu…

Jestem szczęśliwy
– Nie sądziłem, że po 70 latach od śmierci ojca będę w stanie dowiedzieć się tyle na ten temat – mówi Dan Watson. – Dziękuję za informacje i dziękuję mieszkańcom Strzelec, że tak pięknie zajęli się ciałem zastrzelonego amerykańskiego lotnika. To pokazuje, jak wspaniałymi ludźmi jesteście.

Agnieszka Pospiszyl – reporter, writes for “Strzelec Opolski”, local weekly newspaper
Piotr Smykała – historian

3 July 2013